wstecz

"Tajemnice lasu katyńskiego: O Katyniu w prasie sowieckiej"

B.G.
Tydzień Polski, 2 września 1989


Pod takim tytułem tygodnik Moscow News opublikował 6 sierpnia reportaż Gennadija Zaworonkowa, którego redakcja wysłała specjalnie pod Smoleńsk, aby odnalazł świadków zbrodni w lesie katyńskim. Materiał Zaworonkowa redakcja zapowiada już na pierwszej stronie tytułem "Katyń, wspólny grób" oraz stwierdzeniem: "tysiące ludzi radzieckich zginęło w Katyniu podobnie jak polscy oficerowie i żołnierze". Wewnątrz numeru Zaworonkow stwierdza, że "były czasy kiedy ludziom nie wolno było pamiętać" i skarży się, że "dzisiaj pozostali tylko nieliczni świadkowie wydarzeń lat trzydziestych, a większość z nich odmawia podzielenia się tym co pamięta, wskazując pełnym obawy wzrokiem na las katyński otoczony, nawet dzisiaj, wysokim płotem i drutem kolczastym.

Lasy w okolicach Katynia zostały już na początku lat trzydziestych wybrane przez NKWD na miejsce likwidacji więźniów z licznych łagrów znajdujących się na Smoleńszczyźnie. Leonid Kotow, wykładowca nauk społecznych Instytutu Wychowania Fizycznego w Smoleńsku wspomina, że w Moskwie podjęto wówczas decyzję o przebudowie strategicznej szosy do Mińska. Zorganizowano więc wzdłuż niej dziesiątki łagrów i tysiące więźniów łopatami i taczkami, od świtu do zmierzchu przerzucało ziemię budując nasyp przyszłej szosy wschód-zachód. Kto padł z wycieńczenia był wywożony do katyńskiego lasu, gdzie stacjonował specjalny oddział Cze-Ka. Okoliczni mieszkańcy sądzili początkowo, że w otoczonym posterunkami lesie powstaje ośrodek wypoczynkowy dla oficerów Cze-Ka. Skąd zrodziła się ta pogłoska nie wiadomo, być może została rozpuszczona umyślnie. Bano się jednak wchodzić do lasu sprawdzać. Dopiero później dzieci chodzące do lasu na jagody przyniosły wiadomość, że w lesie rozstrzeliwuje się ludzi i znajdują się w nim rowy pełne ledwie przykrytych ziemią zwłok.

Zinajda Mierkulenko, która mieszkała kiedyś w Kozich Górach nieopodal Katynia, opowiedziała reporterowi Moscow News, że dopiero po wojnie odważyła się pójść do lasu na grzyby. Jagody rosły w nim wielkie, ale strach było wchodzić głębiej. Bała się nie tyle wartowników, którzy wciąż pilnowali lasu, ile ich ogromnych, na wpół zdziczałych psów. Starsze dzieci chodziły do lasu jeszcze przed wojną i opowiadały jak widziały ciężarówki przywożące ludzi na rozstrzelanie. Kiedy ciężarówki odjeżdżały, dorośli z okolicznych wsi szli do lasu ściągać z zabitych ubrania, a przede wszystkim buty. Mierkulenko zapamiętała, że czasem przynoszono wysokie buty z miękkiej skóry, jak nosili wyżsi oficerowie. Starsi chłopcy opowiadali też, że ci co rozstrzeliwali ubrani byli w maski, spod których nie było widać ich twarzy. Czasem spieszyli się po następny transport i nawet nie dobijali rannych, tylko przysypywali ich ziemią. Pierwsze ofiary katyńskie grzebano w pobliżu Krasnego Boru, gdzie kwaterowała specjalna jednostka wojskowa. Dowiedział się o tym jeszcze przed wojną Michaił Kriwozercew mieszkający do dzisiaj w Gniezdowie. W czasie wojny miał się przekonać osobiście jakie straszne tajemnice kryje ziemia katyńskiego lasu.

W 1943 roku. Iwan Andriejew i Fiodor Kuftikow powiedzieli Niemcom, że wiedzą gdzie nasze wojska rozstrzelały Polaków. Zwłaszcza Kuftikow chętny byt do pokazywania. W czasie I wojny światowej dostał się do niewoli niemieckiej i nauczył się trochę po niemiecku. Myślę, że teraz chciał zasłużyć się i zostać u Niemców sołtysem, albo kimś ważnym. Niemcy zagarnęli kilkunastu takich biedaków jak ja i zabrali nas do lasu. Tam dali każdemu po szklance wódki i kazali kopać. To nie był marny szkopski sznaps, ale porządna gorzałka, pewnie ukradziona gdzieś z naszych zapasów.

Tak, każdy z naszych dostał po szklance, ale mnie nie dali. Mówię więc do ich tłumacza: "Dlaczego nie daliście mi wódki?" A ten mi odpowiada: "Ponieważ twoi bracia walczą przeciwko nam". Zirytowałem się. "A idźcie do cholery. Na trzeźwo kopać nie będę". Nie kopałem więc tylko przyglądałem się: Najpierw wydobyli 18 zwłok naszych ewangelistów . . . Potem ciała 300 Polaków. Nasi ewangeliści leżeli na wierzchu. Niemcy kazali zabrać ich ciała na bok i pogrzebać osobno. Zaczęto kopać nowy grób. Po chwili dokopano się do jakiejś odzieży . . . damskich butów. Przestano kopać i pochowano zwłoki tych osiemnastu w zbiorowej mogile. Później Niemcy zbudowali barak i zanosili zwłoki do środka. Gorącą wodą obmywali czaszki i dokładnie studiowali ich położenie względem ciała i kształt ran. Bardzo dokładnie badali te trzysta znalezionych ciał.

Te trzysta ciał to byli Polacy. Ich groby, jak wspomina inny mieszkaniec Gniezdowa -- Iwan Kisielow, zostały przykryte darnią i obsadzone młodymi drzewkami. Ten sposób maskowania świeżych masowych grobów NKWD wprowadziło w końcu lat trzydziestych. Wówczas też otoczono las katyński drutem kolczastym. Wcześniej nie zawracano sobie głowy zacieraniem śladów zbrodni. Szczególnie skrupulatnie i skutecznie likwidowano wszelkie dokumenty, które mogłyby być dowodem popełnionych zbrodni. Reporter Moscow News skarżył się, że nawet z pomocą regionalnego szefa KGB Anatolija Szewierskicha nie był w stanie odnaleźć jakichkolwiek archiwaliów łączących się z lasem katyńskim. Znaleźli tylko kilka kartek papieru z listą skazanych przez sławetne "trojki" robotników, chłopów i duchownych, których określano w tych dokumentach jako członków "monarchistycznego związku kleru" Nie znaleziono też najmniejszych śladów tajemniczej jednostki wojskowej, która stacjonowała w lesie katyńskim i o której wielokrotnie wspominali świadkowie, ani też żadnego spisu pogrzebanych w lesie katyńskim.

Ale nie wszystkie dokumenty zostały zniszczone. W czasie chruszczowowskiej "odwilży", jak pisze Gennadij Zaworonkow, wyszło na jaw, że w roku 1939 skazany został na śmierć, w ramach czystki aparatu bezpieczeństwa z ludzi Jeżowa, ludowy komisarz spraw wewnętrznych Białorusi, Nasiedkin. Dwa lata wcześniej Nasiedkin był szefem NKWD okręgu smoleńskiego. W trakcie procesu zeznał on, iż: "w roku 1937, cztery i pół tysiąca ludzi z regionu smoleńskiego otrzymało najwyższy wymiar kary". Przy takiej liczbie wyroków śmierci zabrakło już miejsca na cmentarzach więziennych Białorusi. Do lasu katyńskiego ciężarówki zaczęły jeździć w roku 1935. Zwożono tam więźniów nie tylko z okręgu smoleńskiego. Jak pisze Zaworonkow, w lesie katyńskim leżą pochowani w masowych grobach Polacy, Rosjanie, Żydzi i Łotysze. Jego zdaniem "las katyński nie powinien być już dłużej otoczony tajemnicą lecz zamieniony w cmentarz".