Siwicki Tomasz

Notatnik z koperty opatrzonej nr 0873; oprawiony w płótno czerwone­go koloru, mocno zniszczony na skutek pozostawienia w nim rozpuszczal­nego "chemicznego" ołówka. Zapiski tylko w części mają charakter ciągły, którego chronologia przerywana jest różnymi rachunkami, obliczeniami, za­pisem rozegranych partii brydżowych itp. Właściwy dziennik liczy 20 stron.

Bołoto[1], obóz 2-gi. Październik 1939 r.

4. [październik]
Pierwszy śnieg, zimno, deszcz, beznadziejnie.

5.
Ranek mroźny, słoneczny. Jeńcy biegają i tupią już od godz. 3-ciej. Od południa pochmurno. Przyniesiono gazetę rosyj.[ską] i polską ga­dzinę "Gazeta Radziecka" - treść [i] język ohydne - nowości żad­ne. Ogólnie nastrój się popsuł, obojętność, apatia. Cały dzień budo­waliśmy prycze z desek. W barakach niesłychany hałas i rwetes. Każ­da grupa chce jak najprościej pryczę zbudować. Zatargi i awantury. Jedzenie na ogół lepsze niż w poprzednim obozie - jest gęstsze, smaczniejsze, więcej mięsne - miska na 12 ludzi.

13.
Pobudka o godz. 4-ej i od razu po "zacitrek [?] i chleb". Nigdy tego me było. Ranek pogodny z przymrozkiem, radosny nastrój w zwią­zku z wysłaniem pierwszej partii do kraju. Sprawdzają ich po raz już X-ty. Po śniadaniu nosiliśmy deski z kolejki. Jednych to deprymuje, ze to zły znak, bo będziemy zimować. Innych to mocno wszystko cieszy, gdyż rozumują wprost przeciwnie, a mianowicie, że jak zwyk­le u Moskali wszystko jest spóźnione, tak i deski mające służyć do ocieplania baraków są spóźnione i nie będą należycie wykorzysta­ne. Dużo rozgwaru a nawet humoru. Wszyscy pozostali piszą listy na małych karteluszkach i przekazują odjeżdżającym. Wszyscy spo­dziewają się wkrótce zobaczyć się w kraju. Podałem adres Luni i Antosia Traszkiew[icza] ażeby z Jarosławia napisał. Do obozu przybyły z monasteru w odwiedziny panie do mężów [2]. Wielka uciecha a zarazem troska odbijająca się na obliczach. Przyniosły pocieszające wieści usłyszane rzekomo przez radio. Niemcy zbombardowane, Warszawa jeszcze się broni, nad Bugiem walki - prawdopodobnie z partyzantami.

18.
Dłuższa przerwa spowodowana bądź to zupełną obojętnością lub bra­kiem interesujących przeżyć. W obozie utarło się przekonanie, że po każdej niedzieli oczekują nas zmiany, a ponieważ dotąd spraw­dzały się przepowiednie, więc oczekujemy na zmianę zupełnie po­ważnie, zwłaszcza, że ukończyliśmy budowę prycz, przy których na­pracowaliśmy się dobrze i nasze psie budy znośnie urządziliśmy. Nie­dziela upłynęła zatem w dość pogodnym nastroju i pełni nadziei na zmianę, której zresztą nie znamy, kładziemy się w naszych budach spać już o 7 godzinie wieczór (wg czasu sow. godz. 9). Śpimy po 5 w klatce na gołych deskach. Trzymamy się w trójkę i wspólnie uży­wamy naszej pościeli: 2 koce i 2 płaszcze ogrzewamy się przeważ­nie własnym ciepłem. Najprzykrzejsze są noce - długie i twarde, kości bolą, gdyż śpi się przeważnie na jednym lub drugim boku, a zmiana pozycji wymaga wspólnej zgody wszystkich, co jest bardzo trudne. Pobudkę robią już o godz. 6-tej (4 rano) i wszyscy mimo ciem­ności chętnie wstają, aby wyprostować kości i wyjść na świeże po­wietrze (w jednym baraku śpi jak śledzie w beczce 160 ludzi). Przeważnie nikt się nie myje, gdyż po wodę trzeba stać w dłu­gim ogonku, jak zresztą po wszystko, nie wyłączając latryny. Papierosów i tytoniu zupełny brak. Palą liście dębowe, klono­we i różne zielska. Papierosy dochodzą do fantastycznych cen, za 1 pap[ierosa] płaci się rubla lub 10 złotych. Ludzie są zdenerwowa­ni i opryskliwi, skłonni do awantur, które stale się powtarzają, do­chodząc do karczemnych i prostackich scen. Stale obiecują machor­kę, ale od 2 tygodni nie dają. Docinki i uwagi na ten temat są dla nich bardzo kłopotliwe wobec pompatycznych zapowiedzi, że u nas wsiego mnogo. Przyciśnięty do muru komisarz podenerwowany od­powiedział wreszcie, że możliwy jest sabotaż i jeśli dowie się, kto zawinił, to nie wykluczone, że pójdzie pod stienkę gdyż tę sprawę traktuje jako prestiżową. Noc z niedzieli na poniedziałek wreszcie przeszła bardzo szybko, gdyż pobudka (...) o 2 godziny wcześniej. Niezawodnie (...) że nastąpią jakieś zmiany. Wszyscy szybko wstają i wychodzą na plotki. Nieduży plac pełen, wszyscy z ożywieniem rozprawiają i czekają na zapowiedź zmian. Po śniadaniu jeden z komisarzy zapowiada że istotnie za godzinę możliwy jest odmarsz do nowego obozu w monasterze dobrze widocznym z naszego obozu malowniczo położonego na górze wśród lasów dębowych i zieleni. Warunki bytowania mają być też znacznie lepsze niż dotąd, gdyż budynki klasztorne są murowane i ciepłe. Humory poprawiają się, każdy idzie biegiem do baraku, aby przygotować swoje bardzo skromne mienie, składające się przeważnie z tego, w czym się cho­dzi a najwyżej jeszcze z koca, menażki, jakiejś puszki z konserw, lub torby po maśle p-gwa[c?], które są tu w wielkim powodzeniu, no i posiadają dużą cenę. Wreszcie zdajemy łyżki i miednice i każą wszystkim wychodzić. Ustawiają się przy baraku czwórkami i za­czynają sprawdzać i liczyć. Liczy bez końca kilkunastu biegłych i to trwa przeszło dwie godziny. Zaczyna nas to denerwować. Wresz­cie zapowiadają stroić się i długi szereg ludzi najfantastyczniej ubra­nych wolnym krokiem rusza w następnym szeregu z pozostałymi (policja, cywile). Dzień jest wyjątkowo piękny. Jesienna cisza i spadająca nieco mgła, słońce przedziera się przez mgłę i lekkie chmury, na widno­kręgu lasy mienią się złotem i czerwienią. Idziemy przez torfowi­sko 2 1/2 km doliną niegdyś rzeczną pokrytą krzakami i szuwarami, towarzyszą nam szeregi krasnoarmiejców z najeżonymi sztykami. Ogólny nastrój bardzo dobry. Wreszcie znajdujemy się u podnóża góry, celu naszej podróży. Pniemy się bardzo stromym zboczem i wprowadzają nas na zwaliska niegdyś monasteru. Pierwsze wraże­nie bardzo przykre. Dwie cerkwie i kaplica w kompletnej ruinie, widać wandalskie i umyślne niszczenie, bez drzwi i okien, ściany rozwalone bez dachów, kopuły bez krzyży. W jednej cerkwi mają magazyn żywności. Na podwórzu zbiera się duża gromada miejscowych jeńców. Na­stępuje rozpoznawanie znajomych, sceny powitania i różne wykrzyk­niki. Rozpoznaje mnie Wojtek Burza i ja jego, bardzo ucieszyliśmy się. Dzielą nas na bloki i sale. Ja trafiam do sali (...) ej, celi klasztor­nej niskiej i ponurej, która może pomieścić najwyżej 15 osób, a wci­snęli 35, trudno, może cieplej, ale o spaniu mowy nie ma. Warunki bytowania w nowym obozie znaczenie lepsze o tyle, że będzie cieplej, gdyż budynki jakkolwiek bardzo zaniedbane i zruj­nowane są murowane. Izby nieduże mieszczą dość ludzi - opału na razie dają dość i pierwszy raz od chwili niewoli znajdujemy się w ciepłych, ale bardzo brudnych izbach, czujemy się jak w raju. Klasztor, a raczej pożałowania godne szczątki, jest pięknie położony na górze wśród sadów i stąd rozlega się daleki widok na południe, wschód i zachód. Miejsce jest jakby wyspą otoczoną ze wszech stron mokrymi łąkami torfowymi i lasami. Dom, kościół i kilka kaplic znaj­dują się w stanie ruiny doprowadzone przez ludzi w okresie rewo­lucji. Klasztor podobno pochodzi z XI wieku. Najstarszy jest kościół noszący cechy budownictwa katolickiego (styl romańsko-renesansowo-bizantyjski) należał do najbogatszych w Rosji. Budynki o charakterystycznym wyglądzie robią dość miłe wrażenie. Jest ich tu sporo, gdyż w nadających się do zamieszkania znajduje się przeszło 1.500 ofic. i szereg. Piękne miejsce dla wypoczynku i kontem­placji, niestety nie dla nas, gdyż żyjemy tu jednak [jak] najprymityw­niejsi ludzie. Śpimy znów na brudnych i twardych deskach. Najnieznośniejsze są długie wieczory i noce, gdyż lampa stajenna nie tyl­ko że daje bardzo mało światła, ale do tego kopci strasznie i wsku­tek tego siedzimy w ciemnościach. Blok 3 sala 21 — 43, 22 — 41 + szpit., 23 — 58.

Listopad.
Pobudka o godz. 4.30 (2.30) śniadanie i przygotowanie do podróży w nieznane. Krążą najrozmaitsze pogłoski i plotki. Wg jednych je­dziemy do kraju via Szepetówka, wg innych jedziemy do zimowego obozu i że o powrocie nie ma mowy. Bolszewicy nic nie mówią, a raczej prawdopodobnie sami nic nie wiedzą, gdyż ci co opowiadają, są to ich osobiste zapatrywania i sądy. Na ogół zgadzają się z nami w tym, że powinniśmy wrócić do kraju i że rzekomo są jakieś zarzą­dzenia. Sprzeczne wiadomości i niepewność wywołuje kiepskie na­stroje, jest podrażnienie i niepewność. Znów ustawianie się w 10-tki[3], znów wywoływanie, przesuwa­nie z miejsca na miejsce, a deszcz wisi na włosku. Mimo wszystko wszyscy prawie ze zmiany zadowoleni, gdyż w tych warunkach trudno byłoby wytrzymać. Zebrało się nas około 1 1/2 tysiąca samych oficerów gdyż szeregowych już wywieźli nie wiadomo gdzie i długi wąż wolno w ciemności pod silną eskortą po­suwa się przez torfowiska ku przystankowi kolejki. Pociąg już stoi - wagoniki straszliwie brudne i mokre po burakach i torfie. Jest ciasno jak w beczce - wydają chleb i jedzenie do Tołkina. Jest przej­mująco zimno i pochmurno. W Tołkinie wysiadamy i pieszo na drugi dworzec. Znów czytanie, wywoływanie na przejmującym zimnie i po długich godzinach jestem znów w wagonie. Ogólne pytanie i (...) w jakim powiozą kierunku? W wagonie zupełnie nowi towarzysze - następują zapoznania się i zabieramy się do chleba.

02.11.
Br[i]ańsk. Po całonocnej podróży, przybyliśmy o godz. 8 do Briańska. Cały transport zjadł śniadanie składające się z bardzo dobrego kapuśniaku na mięsie i suchej kaszy jaglanej w stołówce jakiegoś oddziału wojsk. Obiecali machorkę. 2. 11 godz. 14.45 stacja w lesie Bielogora. Okolice leśne od Buroły [?]. Lasy zaniedbane, zdewastowane. Do Moskwy 384 km. Nastroje dobre, w piecyku pali się - jedziemy w nieznane - krążą rozmaite wieści. Kompasy wyciągnięto [i] wszyscy śledzą kie­runek jazdy. Zachód dobra wróżba, wschód zła. Gdy pociąg zwraca się na wschód, miny wydłużają się i dobry nastrój traci się gdy na zachód znów dobre. Godz. 12-ta (24) Pociąg zatrzymuje się na ja­kiejś stacji. Czekamy dość długo, wreszcie każą nam przygotować się do wysiadania. Zatem jesteśmy u celu podróży - ujechaliśmy niedaleko, ale dokładnie nie wiadomo [gdzie jesteśmy], i od nikogo nie można się dowiedzieć. Jest zupełnie ciemno, zimno i błoto. Wy­ładowanie trwa godzinami, ustawianie, sprawdzanie, liczenie i wresz­cie idziemy długą kolumną. Po dwóch godzinach marszu zbliżamy się do celu podróży. Widać oświetlone elektryką zabudowania. Oka­zuje się, że to miejscowość Kozielsk. Miasteczko typowo rosyjskie. Ciągnie się kilometrami. Bajorem miasta idziemy dalej, już rozróż­niamy kontury klasztoru. To na pewno obóz, gdyż wszystkie obozy są w klasztorach. Przechodzimy rzeką po prowizorycznym moście, wchodzimy w zasieki z drutów kolczastych, to już tu. Klasztor robi wrażenie starego zamczyska obronnego. Mijając go idziemy przez wspaniały las, tak grubych sosen i innych drzew nie widziałem. Za­trzymujemy się pod murem. Za murami budynki murowane i drew­niane. Znów stoimy, liczą nas i dziesiątkami wpuszczają do środka. Jest już godz. 6-ta rano, znajdujemy się śród licznych zabudowań, różnych willi i domów. Kiedyś musiało być tu przepięknie. Obecnie na pół zrujnowane domy wśród wspaniałej przyrody. Otrzymuje­my śniadanie i dowiadujemy się, że to obóz przejściowy i że pój­dziemy do klasztoru. Znów rejestracja. Tym razem zapisuje nas kobieta. Personel uprzejmy i grzeczny - miła zmiana, kilku osobników mówi po pol­sku, koło nich grupują się kupy jeńców. Stąd około godz. 10.15 idzie­my do kąpieli i na stały pobyt do klasztoru. Mówią, że tam znośne warunki - jest ciepło i że dobrze dają jeść. Kąpiel jest fatalna, roz­bieramy się na dworze, a jest zimno. Ubrania dajemy do dezynfek­cji. Myć się trudno, ciasno i brak wody. Coś gorszego trudno sobie wyobrazić. Kąpiel skończona i prowadzą nas do jakiegoś budynku, jest ogromny i pełen [ludzi] (...) taki mieści nas 500. [Fragment kar­tki oddarty] zgiełk, rwetes i zaduch, ale jest ciepło - to bardzo ważne. Moje locum na 3 piętrze prycz. Otrzymujemy sienniki i koce, coś co wprowadza nas w zdumienie i zachwyt. Od 7 tygodni będzie to pierwsze spanie na sienniku. Kości już nie będą bolały.

25.11.39
Mieszkamy w "Cyrku"[4] - 500 ludzi stłoczonych jak śledzie na 3 piętrach prycz. Wychodzenie i schodzenie niebezpieczne dla życia, nic się nie robi. Kłótnie i scysje na porządku dziennym. Nie ma [ni]gdzie wolnego miejsca, nie ma gdzie usiąść, nie ma co czytać, grać itd. Bezużytecznie dzień za dniem upływa na wyczekiwaniu, zrzędzeniu na wszystko. Znowu ogonki długie jak węże morskie do jedzenia, do wody, do latryny, do sklepiku.

30.11.
Ulewny deszcz, szaro, ponuro. Szczepiono nas przeciw tyfusowi, nie reagowałem wcale. Jak zwykle krążą różne plotki na temat powrotu.

02.12.
Fotografowanie w dwóch pozach różnych - z tym rosną nadzieje. Mówią, że przygotowują nam legitymacje, których żądają Niemcy. Potrwa to pewno z miesiąc gdyż dziennie fotografują około 150 lu­dzi, a jest nas tu około 5.000.

03.12.
Kąpiel, pierwsza zmiana bielizny.

06.12.
Mróz, śnieg. Drugie szczepienie - reakcja bardzo silna - gorączka, ogólne osłabienie. Do swego barłogu nie mogłem ani wejść, ani zejść. Taki stan trwał 3 dni.

14.12.
Wyznaczono mnie do pracy na stacji kol.[ejowej] do segregowania drzewa - praca bardzo ciężka i zimno dokucza. Na stacji góry soli leżą na rampie bez nakrycia, na to pada śnieg, deszcz, sól topi się i spływa strumieniem, nikt się nie troszczy, nikogo to nie obchodzi. Na kupach soli złożono też jakieś kotły i rury, będzie to po jakimś czasie dobrze wyglądać. Beznadziejność - nieporadność - lenistwo, obojętność.

24.12.
Wigilia. Zabroniono kolęd i zbierania się. Przyszedł do nas Z(...)uch. Wyp(...), Szurlej, Pisarski na kolację - przynieśli ze sobą śledziki z cebulką i 3/4 (...) ze swej strony ugotowałem czarną kawę. Paląc ostatnią "Mewę", spędziliśmy czas do godziny 1-szej. Zamiast choi­nek zatknięte na słupach gałązki. Paliły się tu i ówdzie świeczki, krą­żyły opłatki robione przez jeńców z mąki (szare cienkie placuszki). Z jednej strony panowało ożywienie, z drugiej głęboka zaduma i nawet łzy. Kolędować nie wolno. Wszyscy przenieśli się myślami do swoich i snuli powrotne marzenia. Noc księżycowa, lekki mróz i śnieg - idealne święta - niestety tylko pod tym względem.

01.01.40.
Sylwester smutny, żadnych zabaw ani imprez. Zabroniono zebrań i śpiewów.

03.01.

Karmią coraz gorzej (...) ustawicznie grochówka, rzadka lura, dwa razy dziennie, już nie mogę jej jeść, choruję. O wyjeździe coraz głoś­niej się mówi - panuje podniecenie, przygotowania do drogi, szyją się rękawice, nauszniki, różne worki i (...) na podarte buty.

08.01.
Mróz -32°. Wieczorem wywieźli w nieznanym kierunku "politycznych" około 100 ludzi - sędziów, prokuratorów, ziemian i innych. Strasznie zimno a ci ludzie w letnich paltach, w kapeluszach słom­kowych, półbutach jak widma. Nikogo nas nie dopuszczono. Mó­wią, że wywieźli ich na Sołówki. Dlaczego akurat w taki straszny mróz. O wyjeździe mówi się coraz głośniej.

09.01.
Mróz -41° - co dzieje się z nieszczęśnikami wywiezionymi w nocy?

Inne informacje zawarte w notatniku:
Adresy:


płk. Dobniewicz (?) [...] Piotrowska 93, m. 8. II p.
Głowacz Stanisław, [...], Trzeciego Maja 10
Gojan Klaudiusz, Radowce, Kościelna 55
Grohman Janina, Paris X rue de Petete (?), Hotel de Brabande
Grubner Henryk, Rybnik, Sobieskiego 19, Bielsko, Mickiewicza 3la
Kajetanowicz, Tomaszów Maz., Piłsudskiego 33/35.
Lipiński Feliks, Grajewska 4, W-wa-Praga
Dr. Łukasiewicz, Paris, rue Talleyrand 1
Młodnicki Wiktor, Kraków ul. ... durski 55
Olechowska Cecylia, Warszawa, Radna 13 m. 12a
Pieńkowski Bolesław, Łódź Chojny, Strzelecka 16
Schwartz Ewa 5, Avenue Victor Emanuelle, Paris, France
Siwicki Aleksander, Warszawa-Żoliborz, Gen. Zajączka 7 m. 1
Sokołów Celina, NW 3. 43 Kompayne Gardens
Szklaszewski Zygmunt, W-wa, Narbutta 43, Mokotów
Tenczyńska Wanda, W-wa, (...) owa. 23 m. 6
Zadowski Edward, W-wa, Willowa 8 — Aleje Jerozolimskie 37
Zarzeczny Antoni, Komorów
mjr Zirmecki, Lir Felsztyńskiego 12


Przypisy

1. Bołoto - wieś pod Putiwlem. (Por. s. 21, przypis 3.)

2. Sprawa obecności rodzin jeńców w obozach w okolicy Putiwla (a także ewentualnych odwiedzin w obozie w Kozielsku) jest bardzo trudna do wyjaśnienia. Chodzi zapewne o rodziny wywiezione wraz z oficerami. Zob. na przykład: Gracjan Jaworksi, Nieznana relacja o grobach katyńskich, "Zeszyty Historyczne", 45, 1978, Paryż, s. 6.
3. Por.: s. 58, przypis 5.

4. "Cyrk" - jeden z głównych bloków obozu urządzony w cerkwi. Jeńcy nadawali poszczególnym blokom "swoje" nazwy: "Szanghaj", "Małpi Gaj", "Filharmonia" etc.